o mnie     blog     linki

biblioteczka     garderoba

pamiętniki mojej babci

fotografie (--> flickr.com)

śmiesznostki     śmiesznostki po angielsku

historia "designu" strony

o wróbelkach (obowiązkowa lektura każdego obywatela)

dobra muza

HOME     MAIL

&hearts September 1, 2010
Don’t mention the war…

Ostatniego dnia w Londynie wybrałam się do National Gallery i oczywiście byłam pod ogromnym wrażeniem, ach, czegóż tam nie ma;) wyszperałam wszystkie malarskie hiciory typu Portret małżeństwa Arnolfinich van Eycka, Madonna wśród skał Leonarda (ajj, no piękna ta Madonna…), znalazłam Goyę i jego fascynujący portret Isabel Cobos de Porcel, prześliczne portrety własnych córeczek pędzla Gainsborougha, w ogóle większość malarzy, przed których obrazami się zatrzymywałam, ma chyba nazwiska na literę “g”, bo szalenie spodobał mi się również Gauguin, nie znałam wcześniej wielu jego obrazów, no i oczywiście van Gogh;)) (przed Słonecznikami grasował dziki tłum wycieczkowiczów), ale co zrobiło na mnie największe wrażenie – Rembrandt, te jego portrety są po prostu niesamowite! niby człowiek zna i wie, ale tam w muzeum po prostu nie mogłam się oderwać od Rembrandta, jakbym to widziała pierwszy raz – najbardziej hipnotyzujący, dosłownie hipnotyzujący (gapiłam się jak cielę w malowane wrota) wydał mi się portret Hendrickje, o ten: http://www.nationalgallery.org.uk/paintings/rembrandt-portrait-of-hendrickje-stoffels/*/x/327/y/185/z/0. Po tym, jak wyszłam z salki poświęconej Rembrandtowi, już nic mi się nie podobało, i nawet Rubensy, van Dycki i takie tam inne robiły na mnie dużo mniejsze wrażenie, nawet jeden znaleziony tam obraz uwielbianego przeze mnie Vermeera. Ochłonęłam trochę dopiero jak doszłam do tych dziewczynek Gainsborougha i dumnej hiszpańskiej arystokratki Goyi, a naprawdę rzuciły mną o ścianę dopiero obrazy z sal poświęconych malarstwu ~1900 – te Gauguiny, Degasy, Cezanny i cała ta reszta.

Tyle Anglia, albo jeszcze jeden króciutki obrazek – lot powrotny był niesamowity, o godzinie dziesiątej w nocy, z Ziemią w dole, czarną z milionami jasnych punkcików, i gwiazdami doskonale widocznymi na czarnym, nocnym niebie – gwiazdami “zwykłymi”… i tymi spadającymi!! Siedziałam przyklejona do szyby tego malutkiego okienka… akurat wtedy nad Europą był deszcz meteorytów, a ja czułam się jak w środku tego gwiezdnego widowiska:)

A co do Niemiec, oczywiście na każdym Polaku robi wrażenie niemiecka dyscyplina i porządek, czyściutkie ulice, zadbane kamienice, cztery rodzaje kubłów na śmieci przy każdym domu, przemiłe panie ekspedientki w sklepach, itd, itp. A teraz będzie wrażenie takie muzyczne, otóż na kursie, na którym tam byłam, była między innymi również klasa fortepianu i podczas jednego z licznych koncertów, na których produkowali się pianiści, usłyszałam coś, czego wcześniej nie znałam, i słuchanie tego to był jeden z takich momentów, które pamięta się do końca życia. Słuchałam tego właściwie trzy razy, bo po tym wykonaniu koncertowym miałam jeszcze taką przyjemność, że wykonawca zagrał mi to jeszcze dwa razy tylko dla mnie, i za tym trzecim razem już kompletnie się rozkleiłam (i mam nadzieję, że nie wyszłam na jakąś polnische idiotin :pp). Była to środkowa, wolna część sonaty fortepianowej Franza Schuberta (można jej sobie posłuchać w dziale Dobra Muza;), oczywiście jak tylko przyjechałam do domu, musiałam znaleźć tę sonatę na YT i wstawić na stronkę:p), grana – no po prostu z niesamowitą ekspresją. Rzeczonym wykonawcą był Niemiec, i jakoś nie mogłam uwierzyć, żeby ktoś pochodzący z narodu odpowiedzialnego za drugą wojnę światową i Holocaust mógł grać tak wzruszająco ;ppp

A tak na poważnie, słuchając go myślałam, szczerze mówiąc, właśnie o tym. Ta sonata, ta wolna część, z wierzchu jest pogodna, w durowej tonacji, spokojna, a pod spodem rozgrywa się tam olbrzymi dramat, i wtedy, w sali, przypomniało mi się, jak w gimnazjum jeszcze byliśmy na wycieczce klasowej… w Auschwitz. Był wtedy czerwiec, piękny, letni dzień, ptaki śpiewały, weszliśmy na teren obozu, trawa była bardzo zielona, i było tam bardzo, bardzo pięknie i spokojnie – te budynki z czerwonej cegły na pierwszy rzut oka nie zdradzały swojego przeznaczenia, i człowiek zupełnie nie mógł sobie wyobrazić, jak to wszystko, te okropne i nieludzkie rzeczy mogły się tam dziać. I siedząc teraz w ćwiczeniówce z tym Niemcem, słuchając, jak on przepięknie gra na fortepianie tę smutną, przesmutną muzykę, czułam się okropnie dziwnie, zupełnie surrealistycznie, pamiętając o tym, co było siedemdziesiąt lat temu.

PS No, dopiero teraz zorientowałam się, że dzisiaj mamy niezłą datę na takie polsko-niemieckie rozważanka…

Kategoria: Impresje, Muza — Kaja @ 6:49 pm &hearts Skomentuj (3) &hearts


« Nowsze wpisyStarsze wpisy »

STRONA GŁÓWNA

♣ Kategorie:

  • Impresje
  • Mamma mia
  • Muza
  • Narzekanko
  • Ogłoszenia
  • Opowieści dziwnej treści
  • Recenzujemy

  • ♠ Archiwum:
  • September 2010
  • August 2010
  • July 2010
  • June 2010
  • May 2010
  • April 2010
  • March 2010
  • February 2010
  • January 2010
  • December 2009
  • November 2009
  • October 2009
  • September 2009



  • RSS Feed