o mnie     blog     linki

biblioteczka     garderoba

pamiętniki mojej babci

fotografie (--> flickr.com)

śmiesznostki     śmiesznostki po angielsku

historia "designu" strony

o wróbelkach (obowiązkowa lektura każdego obywatela)

dobra muza

HOME     MAIL

&hearts September 3, 2010
Nothing tastes as good as thin feels (?)

Czyli w wolnym, rozwlekłym polskim tłumaczeniu “nic nie smakuje tak dobrze, żeby pobić wspaniałe uczucie bycia chudym”:p. Zobaczyłam to ostatnio gdzieś w internecie i się przeraziłam, dla mnie akurat everything tastes better than thin feels! Gruba nie jestem, ale do chudzielców też nie należę, dobre jedzenie uważam za jeden z jaśniejszych punktów w życiu i nie jestem w stanie się od niego powstrzymać (btw, zazdroszczę tym dziewczętom z superszybką przemianą materii, które zjadają na obiad dwie pizze i popijają to półlitrem coli, tabliczkę czekolady w międzyczasie, na kolację olbrzymią kanapkę z Subwaya, a wieczorem idą do knajpy i wypijają dwa duże piwa, i dalej są anorektycznie chude:p)! Może to wynika z tego że natura nie obdarzyła mnie zbyt wielką ilością silnej woli, ale głodzenie się, żeby schudnąć, to jest opcja, której nie jestem w stanie wcielić w życie, przechodząc koło piekarni niedaleko mojej uczelni, gdzie sprzedają chyba najlepsze ciastka w Warszawie, albo wchodząc do własnej kuchni, gdzie właśnie produkuje się nowa porcja pączków albo w olbrzymim garze gotuje się mamusiny bigosik… Kurczę, naprawdę nie rozumiem, jak można w życiu na własne życzenie tracić tyle przyjemności ;p

A teraz jeszcze jedno krótkie wyjaśnienie, mianowicie nie jestem pewna, czy wszyscy wiedzą, skąd wzięłam namiętnie ostatnio powtarzane przeze mnie zdanie “Don’t mention the war”. No więc tak: oczywiście wszyscy kojarzą chyba Monty Pythona, czy go lubią, czy nie, prawda? Jeden z członków tej sześcioosobowej ekipy, John Cleese (ten od reklamy banku:D) zrobił w pewnym momencie swój własny serial, Fawlty Towers (może niepotrzebnie tłumaczę, bo na polskich kanałach też to leciało, bodajże pod tytułem Hotel Zacisze – szkoda, że gra słów po angielsku nie była za bardzo przetłumaczalna, Fawlty – nazwisko właściciela hotelu, od którego wzięła się jego nazwa, wymawia się tak samo jak “faulty”, czyli “wadliwy”, “niedziałający”, “zepsuty” :D). Jeden z odcinków opowiada o tym, jak do hotelu przyjeżdżają Niemcy. Basil Fawlty, właściciel (dodajmy jeszcze, że z założenia – okropny buc), akurat wtedy ma wypadek i doznaje wstrząsu mózgu, trafia do szpitala, ale zwiewa z niego, bo w swoim paranoidalnym stanie boi się o prowadzenie hotelu. Hasłem, którego ma się zamiar trzymać w kontaktach ze swoimi niemieckimi gośćmi, jest właśnie “don’t mention the war”. Co z tego wychodzi: zobaczcie sami… :D

PS Mój ulubiony tekst z tego fragmentu:
German: Will you stop talking about the war!?
Basil: Me? You started it!
German: We did not start it!
Basil: Yes you did, you invaded Poland!

Starsze wpisy »

STRONA GŁÓWNA

♣ Kategorie:

  • Impresje
  • Mamma mia
  • Muza
  • Narzekanko
  • Ogłoszenia
  • Opowieści dziwnej treści
  • Recenzujemy

  • ♠ Archiwum:
  • September 2010
  • August 2010
  • July 2010
  • June 2010
  • May 2010
  • April 2010
  • March 2010
  • February 2010
  • January 2010
  • December 2009
  • November 2009
  • October 2009
  • September 2009



  • RSS Feed