&hearts January 27, 2012
Z sennika
Przedwczoraj śniło mi się, że umarłam. Rzadko kiedy miewam tak plastyczne sny – obudziłam się z tego snu w środku nocy i zasnęłam z powrotem, a pomimo tego rano go świetnie pamiętałam. Bycie martwą prawie niczym nie różniło się od bycia żywą, miałam tak samo dokładne poczucie własnego ciała (co właściwie mnie bardzo zdziwiło; a żeby było śmieszniej, akcja snu miała miejsce w moim domu). Jedyną różnicą była sina obwódka wokół moich ust, czerwona plamka na języku, która wyglądała jakby na ranę, i uczucie, jakby w ustach ciągle gromadził mi się lód. Właściwie tylko ten lód w szczękach wkurzał mnie w byciu nieżywą, musiałam co chwilę go wypluwać, a poza tym było zupełnie tak samo jak za życia, zupełnie spoko! Na dodatek bardzo się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam moją mamę w takim samym stanie i stwierdziłam, że mam zagwarantowaną wieczność w doborowym towarzystwie:D
Jeśli sny spełniają się odwrotnie, czy to znaczy, że będę żyć wiecznie?:D
Czytam i czytam to niesamowite Out of Africa. Jestem naprawdę zachwycona i stwierdziłam, że ta książka zasługuje na osobną notkę na blogu, nie tylko na wpis w książeczkowym dziale. Wyobraźcie sobie: jesteście właścicielem plantacji kawy, mieszkacie w wielkim domu, pełnym pięknych rzeczy (strasznie na przykład jaracie się wynalezieniem gramofonu, i tym, że na swojej farmie możecie teraz w każdej chwili słuchać Mozarta), po podwórku przechadza się udomowiony bocian, a przy kominku zgrabnie usiadła mała antylopa. Kiedy jesteście zmęczeni prowadzeniem plantacji, idziecie porozmawiać z gościem, który właśnie wrócił z safari, albo skądkolwiek, a on pokazuje wam swój nowy samolot i każe wsiadać. I lecicie nad Afryką. Możecie też pójść na spacer do afrykańskiej dżungli, i rozkoszować się tysiącem odcieni zieleni i upajającym zapachem afrykańskich kwiatów, a kiedy już padacie ze zmęczenia, siadacie w fotelu przed domem, a nad waszą głową rozpościera się aksamitnie czarne niebo wysadzane miliardem perełek. O, mój Boże!!!
I to wszystko opisane nie tak miernie, jak ja tu teraz, tylko cudownie, skromnie, takim “skandynawskim” właśnie językiem (Karen Blixen była Dunką, tak?), a jednocześnie tyle w tym języku czaru, że dech zapiera człowiekowi przy czytaniu tych opisów. Do tego ciągle w głowie siedzi mi skojarzenie z niesamowitym filmem na podstawie tej książki (nota bene, po obejrzeniu którego spodziewałam się, że książka będzie koncentrować się na wątku miłosnym, a tu w książce tyle innych spraw opisanych tak szczegółowo, a Denys Finch-Hatton gdzieś tam się też w pewnym momencie pojawia po prostu… no tak, która dama pisałaby tak otwarcie o swoich miłosnych podbojach?;p) – czy pamiętacie, jakim cudownym, gardłowym głosem Meryl Streep naśladowała skandynawski akcent? Jak ona niesamowicie mówiła w tym filmie? Takim właśnie głosem czyta mi się w głowie ta książka.
Dopiero teraz jednak, pisząc recenzyjkę na stronę, uświadomiłam sobie taki, oczywisty niby w XXI wieku, fakt: przecież to wcale nie było takie idylliczne dla tych setek Murzynów, które tam w pocie czoła od rana do nocy zaiwaniały na tej jej plantacji kawy. Czy mogłabym z czystym sumieniem oddawać się rozkoszom takiego życia, jeśli wiedziałabym, ilu ludzi i jak ciężko na mnie pracuje? Owszem, Karen Blixen wcale nie była taka ostatnia, była przecież mądrą, świadomą, wykształconą kobietą, opiekowała się “swoimi” ludźmi, zakładała im szkoły, uczyła ich czytać, rozsądzała ich spory, etc., ale jednak system był systemem i to okrutnym! Jest też taka duża doza naiwności w tym, co pisze na przykład porównując Somalijczyków do Masajów i Kikuyu (jakżesz to się pisze po polsku… :)). Wspomina tam o wadze, jaką Somalijczycy przywiązują do dziewictwa swoich przyszłych żon, w odróżnieniu od reszty afrykańskich szczepów – bierze to się stąd, że w Somalii powszechnie wyznawano islam. Dalej opisuje żonę swojego “majordomusa”, która przybyła na jej farmę razem z matką, siostrą i kuzynką chyba, i pisze, jak to według niej kobiety somalijskie są wcieleniem kobiecości – skromne, wdzięczne, piękne, szykowne, i świetnie umiejące manipulować mężczyznami (haha!). Wspomina ze zdziwieniem, jak wielką władzę mają nad mężczyznami, właśnie dzięki tej umiejętności kobiecej dyplomacji, de facto władzy nie mając żadnej. Dobrze, fajnie, dyplomacja jest czadowa, ale ta dyplomacja była chyba ich naprawdę ostatnią deską ratunku, przecież teraz, szczególnie po tej głośnej książce somalijskiej modelki Waris Dirie już cały świat krzyczy głośno, że Somalijczycy swoje kobiety traktują po prostu po barbarzyńsku! No więc oczywiście nie każda krwawo obrzezana w dzieciństwie dziewczyna chciała narazić się na spalenie żywcem przez to, że odejdzie od męża, no i jakie miała wyjście, jak nie uciec się do dyplomacji?
Także takie jest to wszystko trochę naiwne… i na pewno nie chciałabym się zamienić z Karen Blixen na życie, ale pojechać tam teraz i spędzić kilka nocy pod afrykańskim gołym niebem, czarnym jak smoła i usianym tysiącem gwiazd, z olbrzymim księżycem wiszącym niemal nad głową? No, owszem!…
PS Errata: czytam teraz o obrzezaniu dziewcząt na Wiki i w artykule zamieszczona jest m.in. informacja o tym, że plemię Kikuyu pomimo protestów amerykańskich misjonarzy i różnych takich zdecydowanie walczyło o swoje prawo do wykonywania tego zabiegu. Doczytałam też, że ten zwyczaj to raczej jednak kwestia obyczajowa niż religijna…
Wczoraj obejrzałam sobie cudowny film. Nazywa się Paper Moon (czyli po polsku po prostu Papierowy księżyc) i po obejrzeniu go byłam tak nim podjarana, że w akcie uwielbienia od razu zalajkowałam go na fejsie:p. Przy tej okazji zlustrowałam sobie swój profil i ze zdumieniem skonstatowałam, że już nie mam pojęcia, czemu poumieszczałam w nim pewne rzeczy jako ulubione. Zaczęłam też zastanawiać się, co u licha miało znaczyć to, że w polu Religia wpisałam, że moimi religiami są bokononizm i fizyka. To znaczy, z fizyką to chyba jasne:D ale o co miało chodzić z bokononizmem?
Jedyne, co pamiętałam, to skąd ten bokononizm się wziął. Bokonon to jeden z bohaterów Kociej Kołyski Kurta Vonneguta, taki gostek, który wymyślił sobie od swojego imienia taką właśnie religię (oczywiście fikcyjną:)). Ta książka to jest w ogóle rewelacyjna książka i pamiętam, że jak ją przeczytałam, byłam totalnie wbita w ścianę z wrażenia. Tylko teraz zupełnie nie pamiętałam, o co chodziło w tej religii, że wydała mi się taka fajna! Wrzuciłam sobie to więc do Googli i niezawodna Wikipedia mówi mi tak: “Bokononism is based on the concept of foma, which are defined as harmless untruths. The primary tenet of Bokononism is to “Live by the foma that make you brave and kind and healthy and happy.”
Ahaaaa!:DDDDD
No tak, jak mogło mi się to nie wydać najlepszą religią na świecie:]. A na zakończenie jeszcze cytat z Kociej Kołyski: “Beware of the man who works hard to learn something, learns it, and finds himself no wiser than before. He is full of murderous resentment of people who are ignorant without having come by their ignorance the hard way.”
A, wywaliłam poprzednią notkę, bo komu by się chciało czytać po raz kolejny te same, długaśne cytaty z Bridget Jones? Chciałam tylko tak szybciutko, króciutko napisać, że może dlatego ta książka jest (przynajmniej wśród moich znajomych:p) niedoceniana w Polsce, bo jej siła polega na niesamowicie śmiesznym, oryginalnym języku, stylu, na cudownej, nieformalnej angielszczyźnie, którą musi być ogromnie trudno przełożyć na polski z wdziękiem i z humorem. Pamiętam sama, jak w podstawówce (choć może to była kwestia tego, że właśnie w podstawówce, że byłam bardzo pruderyjnym dzieckiem?:D) chwyciłam za jakieś Wysokie Obcasy, w których był przedruk fragmentu dziennika Bridget Jones – traf chciał, że akurat był to fragment, w którym główna bohaterka ma całą przygodę z kupowaniem prezerwatyw, a potem półnaga idzie grzebać w śmietniku w poszukiwaniu wyrzuconego przez przypadek telefonu kumpla – i wtedy byłam naprawdę zniesmaczona tym, co czytam:p. Nie pamiętam już, jak to się stało, że dobrych parę lat później, chyba już w liceum, kupiłam sobie obie części Bridgetów – i wpadłam po uszy. Tylko tym razem czytałam po angielsku! Dlatego wszystkim, którzy są ciekawi, o co tam chodzi, polecam czytanie w oryginale:)
Starsze wpisy »