Mam czasem takie straszne uczucie – wzięte chyba z Witkacego. W swoich Nowych formach w malarstwie… pisał coś takiego o tak zwanym przeżyciu metafizycznym – moje chyba ulubione z niego określenie. To uczucie – to ma być rezultat prawdziwego, głębokiego przeżycia dzieła sztuki. Żeby sobie to uczucie wyobrazić, polecał Witkacy leżeć sobie w łóżku przed zaśnięciem i “wmyślać się” w kosmos – starać się jak najdokładniej wyobrazić sobie ten olbrzymi, pusty wszechświat, zimny, okrutny taki i rozszerzający się. Jak człowiek naprawdę o tym pomyśli, o tym, że kiedyś go nie będzie, zostanie tylko ta garstka rozkładających się atomów, a i tego w końcu nie stanie, jak już grawitacja przestanie działać, bo mocniejsza będzie siła tego “rozpychania” kosmosu (scenariusze końca świata mnie przerażają:)) – ogarnia człowieka taki strach niemalże zwierzęcy, ale połączony z czymś więcej – to chyba trudno ująć w słowa, chociaż Witkacemu się udało, ale to Witkac był… :)
No i właśnie teraz coś takiego siedzi mi w głowie (czy w trzewiach), jak słucham Rachmaninowa. Sergiusz Rachmaninow to był taki gość, rosyjski kompozytor z dwudziestego wieku, który uważał, że nikt oprócz niego nie umie komponować. Niemniej jednak napisał masę świetnej fortepianowej muzyki. No i tak siedzę i słucham tego Rachmaninowa, i jak zawsze w takich momentach przychodzi mi też to poczucie małości naszej własnej egzystencji – wybaczcie mi patos tego określenia:). My tu się przecież tak zwijamy, sztuka jest chyba najtrafniejszym, bo najbardziej abstrakcyjnym, nie mającym żadnego praktycznego zastosowania w życiu, przykładem – ale nie tylko gramy, malujemy, piszemy, przecież i do pracy chodzimy, do szkoły, leczymy, projektujemy, budujemy, sporty uprawiamy, krzątamy się jak takie małe mróweńki i wszystko to jest dla nas takie najważniejsze na świecie, tak wszystko przeżywamy – a przecież to nic zupełnie nie znaczy i za miliony lat wszystko to szlag trafi, i żaden ślad po tym wszystkim nie zostanie…
Ostatnio mam fazę na organizowanie się. Miałam dość dużo orkiestrowego grania, w przerwach pomiędzy próbami musiałam zmieścić czas na własne ćwiczenie, przy okazji wybrałam się na fitness, zapisałam się na tenisa (no, zadowolona jestem z siebie!). Dzisiaj chciałam kontynuować ten trend i budzik nastawiony miałam na wpół do ósmej rano. Obudziłam się sama z siebie przed budzikiem, pełna energii zerwałam się z łóżka, wskoczyłam pod prysznic, zrobiłam sobie małe śniadanko i czarną kawę, przejrzałam babską gazetkę, i… wskoczyłam z powrotem na pięć minut do łóżka. Tak na taką króciutką drzemeczkę.
Dwie godziny później (ze snu, w którym obrzucałam się śnieżkami z przystojnym brunetem!:D) obudził mnie telefon:D
No i sprawdziło się to stare powiedzenie, jaki jest szczyt lenistwa? Vide – tytuł notki… :)
Jak powszechnie wiadomo, święconka najlepiej smakuje skonsumowana od razu po święceniu w towarzystwie psiapsiółek na łańcuckich polach. Dzisiaj tradycji również stało się zadość, tyle że pogoda pod psem, więc święconkę konsumowałyśmy w samochodzie. Ale stojącym przy polu:). Do domu zdołałam donieść połowę babki drożdżowej, połowę pętka kiełbasy, jedno z dwóch jajek, a i cukrowemu barankowi, co roku temu samemu, zmniejszyła się powierzchnia dupki (nie mogę się powstrzymać, żeby co roku mu kawałka jej nie odgryźć, co zresztą zawsze uwieczniane jest na zdjęciach – co roku powstaje kompromitująca wielkanocna sesja zdjęciowa, z której śmiejemy się we cztery przez cały następny rok).
Oczywiście jak tylko wszystkie dotarłyśmy do domu, pogoda natychmiast się poprawiła, teraz więc naturalnie siedzę przed kompem, patrząc przez okno na to, jak wiosenne słońce oświetla coraz mniej ładny widok z mojego okna. Kiedyś Wam obiecałam, że już nie będę wrzucać tutaj narzekań natury ekologicznej, więc tylko jedno zdanie poświęcę temu, jak bardzo wkurza mnie podejmowanie przez naszą spółdzielnię mieszkaniową decyzji o masowej wręcz wycince drzew na naszym podwórku. Więc na Wielkanoc życzę sobie i Wam więcej zieleni w życiu i na podwórkach naszych!
Na przykład w życiu naszego osiedlowego pana żula! Kiedy wyglądam przez okno mojego pokoju w wynajmowanym przez nas mieszkaniu, niezmiennie na tle drzew i osiedlowego śmietnika rysuje się malownicza sylwetka tegoż. Chociaż ostatnio zmienił miejscówę na stanowisko tuż przy wyjściu z naszej klatki, co ułatwia interakcje towarzyskie. Kiedyś spoglądałam na niego z wyższością, jako pruderyjne dziecko z dobrego domu, ale jakoś w zimie zauważyłam, jak rzucił się do drzwi, żeby szarmanckim gestem otworzyć je jakiejś staruszce obładowanej torbami, i zmiękło mi serce, wskutek czego miło się do niego uśmiechnęłam. I tak zaczęło się moje nieświadome wkupywanie się w łaski żula.
Po pewnym czasie wypadało mu zacząć mówić “dzień dobry”, jak tak już tyle razy koło niego przechodzę i się uśmiecham, on zawsze wydawał być się tym mile zaskoczony, a z czasem się do tego przyzwyczaił i nawet parę razy podsłuchałam, jak w rozmowie z innymi żulami po przywitaniu się ze mną rzuca półgębkiem do drugiego “o ta, ta jest fajna dziewczyna!”. Ostatnio zaś miała miejsce lawina zaskakujących sytuacji z panem żulem w roli głównej. Na przykład: wchodzę do spożywczaka na dole, robię zakupy, patrzę, a tam mój stary znajomy. Mówię swoje tradycyjne “dzień dobry”, on mi odpowiada, po czym bierze z półki czekoladkę, takiego jakiegoś Kasztanka, i mówi: “masz, to dla ciebie, powiedz w kasie, że zapłacone!” – ja patrzę, trochę zgłupiałym wzrokiem, i se myślę, no kurczę, kochany, ale pewnie zwinął i teraz rozdaje, no miło z jego strony, ale ja to chyba jednak odłożę? – no ale czekoladkę wzięłam i idę do kasy to wyjaśnić. A pani w kasie mówi mi: “tak, ten pan tak ma, on wszystkim rozdaje!” – z implikacją, że proceder faktycznie legalny!
Następnego dnia pan żul zwierzył mi się, że źle się czuje i będzie szedł do szpitala. Zrobiłam przerażoną minę, zresztą faktycznie się zmartwiłam, no a dzisiaj znowu go spotykam, uśmiecham się szeroko, witam się z nim, a on “chodź, dostaniesz ciuciu!” i grzebie po kieszeniach, i wyciąga znowu cukierka. Przy czym ja się go pytam, czy wszystko w porządku i jak się czuje (ech, jak się może czuć taki pan… naprawdę mi się go żal zrobiło!), a on mi mówi jeszcze raz o tym szpitalu, i pokazuje mi, odchylając kołnierz, taką, wiecie, monstrualną gulę na szyi. Biedak taki. I do tego mówi mi na koniec tej całej rozmowy coś w stylu “ale twój uśmiech mnie wyleczy!”
No i jak tu nie być miłym dla ludzi, przynajmniej trochę radości w życiu takiego faceta będzie:)
Starsze wpisy »