o mnie     blog     linki

biblioteczka     garderoba

pamiętniki mojej babci

fotografie (--> flickr.com)

śmiesznostki     śmiesznostki po angielsku

historia "designu" strony

o wróbelkach (obowiązkowa lektura każdego obywatela)

dobra muza

HOME     MAIL

Okupacja

Upadek ojczyzny i brutalna łapa hitlerowców jak zmora przygniotła nam dusze. Ordynarne i butne zachowanie się tych ludzi w stosunku do Polaków, ciągłe aresztowania, wywóz do Niemiec, brak żywności, opału, odzieży, kontyngent czyniły życie nie do zniesienia. U nas na przykład we wrześniu 1939 roku było 4 krowy, 1 buhaj i 2 jałówki, 2 konie i źrebię, 2 świnie; a w 44 roku 2 krowy i 1 koń - wszystko zeżarły Szwaby. Ponieważ groził nam wywóz do Niemiec, musiałam szukać jakiejś pracy, a że byłam zangażowana w spółdzielczości, zgłosiłam się do Społem - dano mi najpierw organizowanie sieci spółdzielczych w powiecie jarosławskim i przeworskim. Pracowaliśmy z dr Wenerem i żoną doktora Ciekota ze Spółdzielni Zdrowia w Markowej. Muszę zaznaczyć, że w każdej wsi założyliśmy spółdzielnię. Następnie otrzymałam pracę w jajczarni Społem w Łańcucie.

Dopóki Społem miało jajczarnię, czuliśmy się bardzo dobrze pod każdym względem, ale gdy w roku 43 objęła ją firma niemiecka, niektórzy z nas przeszli niemało zmartwień i strachu, kierownikiem był ogłupiały, stary Niemiec, nazywał się Zeman [??], często o błahostkę wściekał się i pienił, przystawiając rewolwer do głowy czy piersi pracownikom, których nie lubił, a do tych i ja należałam, Gdy chciałam się zwolnić z pracy, nie pozwolił mi, a w kilka miesięcy po moim podaniu dał mi przeniesienie do koszar wojskowych. Oczywiście nie poszłam tam, w Urzędzie Pracy jeszcze wtedy byli Polacy, którzy jak mogli, tak chronili w takich wypadkach, lecz kiedy Niemcy się zorientowali, wszystkich pracowników Arbeitsamtu aresztowali - kierował tym Niemiec, który za oporność wydzielił mnie na wyjazd do Niemiec, a nawet odgrażał się obozem. W tej naprawdę ciężkiej sytuacji pomógł mi kierownik oddziału Społem w Łańcucie, Dębicki, a także były kierownik jajczarni, Franciszek Gabzdyl. Niemiec dostał gumowy płaszcz, worek cukru i gotówkę.

Z Łańcuta w 1944 roku wyjechałam do pracy w Jarosławiu i tam pracowałam aż do wyzwolenia. Wraz ze mną była moja najmłodsza siostra Terenia, którą po śmierci ojca przyrzekłam sobie objąć opieką i wykształcić, z tych więc względów była u mnie i chodziła do szkoły - najpierw do powszechnej, a po jej ukończeniu uczęszczała do szkoły handlowej, utworzonej po okupacji. W tejże szkole w Łańcucie uczył nasz kolega, Kazimierz Sośnicki, ale niedługo mógł uczyć, bo gruźlica także zżerała mu płuca, umarł w 1946 roku. Terenia była młodsza ode mnie lat 14 i nie tylko z tego powodu mieszkała u mnie, że się tu uczyła, ale również że w domu dwie nasze siostry, Zosia i Marysia (różnica wieku między nimi była o 1 rok), dogorywały na gruźlicę.

Niemcy nieustannie wypędzali ludzi do odwalania śniegu z szos i dróg, a zimy wtedy jak na złość były śnieżne i mroźne, i siostry moje, mające organizmy słabe, zachorowały też na gruźlicę. Zosia po siedmiu miesiącach choroby umarła w 1942 roku, 22 grudnia, śmierć jednak nie odcisnęła swojego piętna na jej ładnej twarzyczce, Zosia pozostała piękna jak za życia. Pamiętam, przyjechałam rano do Jarosławia, co się wtedy ze mną działo, nie wiem, ale do domu zawsze szłam dwie i pół godziny, a wtedy szłam chyba 6 godzin. Nie mogłam się w żaden sposób pogodzić z tą śmiercią, tak szczerze bym się z Zosią zamieniła, przecież Zosia była taka dobra i taka ładna, że przed nią i dla niej życie... Miałam chwilami uczucie, że nadmiar żalu rozsadzi mi serce, że ono pęknie. Jednego razu, gdy przyjechałam odwiedzić siostrę, tak dziwnie patrzyła na mnie, że aż mnie mrowie przeszło, zapytałam ją dlaczego tak na mnie patrzy, a ona biedna zaczęła płakać i mówić: "Ty tak dobrze wyglądasz, tyle życia w tobie, a ja, ja muszę umierać, i to niedługo, a ja bym tak chciała żyć" - za chwilę dostała krwotoku z ust. To było najokropniejsze, że nic jej pomóc nie mogłam, nawet jeść musiała gruby razowiak z jęczmienia, bo innego chleba nie było, a ile się namęczyła przed śmiercią, kiedy płuca już wyplute były zupełnie, a oczy aż z orbit wychodziły przy kaszlu - tak się żaliła i tak prosiła o ratunek, a ja ciągle w niczym jej nie mogłam ulżyć...

Druga siostra, Marysia, jakoś inaczej przechodziła tę szkaradną i straszną chorobę, jakoś lżej umarła, matce na rękach, w styczniu 44 roku. To chyba jest najstraszniejsze, rodzić dzieci, a potem własnymi rękami wkładać je do trumny w kwiecie wieku... ale to jeszcze nie koniec. Dom nasz stał się "domem zadżumionych", w roku 1952 również na gruźlicę umarł młodszy brat, męcząc się tak okropnie jak Zosia. Stanisław umarł mając lat 34.

Pamiętniki mojej babci:

Z lat dziecięcych
Młodość
Sprawy domowe
Okupacja
Pacyfikacja