Z lat dziecięcych
Dzieciństwo wspominam jako najpiękniejszą część mego życia, pełne różnych wymysłów, psot, zabaw, z których podam najważniejsze. Było nas 6-cioro rodzeństwa,
rodzice byli średniorolnymi rolnikami, posiadali 5 hektarów ziemi, którą kupili z parcelacji majątku podworskiego w powiecie jarosławskim, sprzedając swój o 3/4 mniejszy
majątek pod Przeworskiem. Rodzice przybyli tu w roku 1913. Wojnę przeżyli bardzo ciężko - ojciec był cztery lata na wojnie, stracił zdrowie zupełnie, matka została sama z trojgiem dzieci,
przez działania wojenne zniszczona doszczętnie, została tylko ziemia. Ojciec po powrocie z wojny przez kilka miesięcy chodził o kulach, gdyż reumatyzm
ubezwładnił mu nogi. Matka zaś pozostawiona sama z trojgiem dzieci w okresie wojennym przeszła istną gehennę. Po powrocie do zdrowia ojciec i matka zabrali się do pracy i do budowy budynków,
wiadomo, że czasy były bardzo ciężkie, rodzice wyczerpali się zupełnie, tak, że w roku 1923 po zakończeniu budowy ostatniego budynku (a był to dom mieszkalny) mieliśmy tylko po jednej koszuli
i kiepskie sukienczęta, bo było już nas wtedy sześcioro.
Najgorsza była zima, bo krowy przestawały się doić - tłuszczu innego nie było, gdyż świnie trzeba było sprzedać na budowę, tak postno jedliśmy, że już trudno było
wytrzymać, a podatki i różne daniny co raz trzeba było płacić. Ile to razy matka się napłakała, nam jednak było bardzo wesoło - troski i zmartwienia rodziców jeszcze nas nie interesowały,
chodziliśmy do szkoły, czytaliśmy dużo książek - trylogię Sienkiewicza czytaliśmy jednym tchem. Z czego zostały takie oto skutki: starszy brat młodszemu wydał pojedynek,
w którym przeciął mu wyciosanym z drzewa pałaszem wargę. Rodzice musieli odwieźć chłopca do szpitala, gdzie zszyto mu wargę trzema ściegami, i to na żywo! Trzymał się morowo,
lekarz powiedział do matki, że to dzielny chłopiec, a on na to, że przecież pan Wołodyjowski też był bardzo dzielny...
Jednego razu pod nieobecność rodziców zaczęliśmy zabawę w chowanego, to znowu musztra wojskowa, w mieszkaniu podłogi jeszcze nie było, tylko ziemia - więc skakaliśmy
z koryta, w którym było nasolone mięso i nakryte wiekiem z desek, w którym były dość szerokie szczeliny z desek - i znów na koryto, a tym samym nanieśliśmy aż grubo prochu do mięsa,
kiedy wreszcie pod naszym ciężarem wieko się załamało, a myśmy wpadli do tej słonej wody z mięsem i cały proch roztarł się po mięsie! Widok był wstrętny, patrząc na to mięso
mieliśmy niemało strachu, co teraz będzie, jak rodzice wrócą. Starszy brat wydał rozkaz, abyśmy przez jedną godzinę modlili się głośno wszyscy razem, a było jeszcze
dwoje dzieci od sąsiadów, klęczeliśmy na ziemi i co chwilę patrzyliśmy, czy mięso już się oczyściło, lecz mięso było ciągle brudne, modlitwy nic nie pomagały... a ojciec,
gdy to zobaczył, aż się za głowę chwycił! Pas był trochę w robocie, ale byliśmy dość przezorni i na pewną część ciała nakładliśmy dużo różnych ścierek itp.,
aby jak najmniej bolało.
Jednego razu na wiosnę, kiedy soki w drzewach zaczęły krążyć i z wierzby można było zrobić świstawki, zrobiliśmy - bracia i ja - nowe świstawki i z wielką radością
poszliśmy do sąsiada, gdzie było naszych dwoje rówieśników, a mieli za ojczyma starego dziadka - a może nie taki stary, tylko dziadkiem go nazywali, bo włosy nosił
długie i zawsze zgrzebne portki i koszulę też zgrzebną na wierzchu spodni, przypasaną pasem - nazywał się Rejman. Gdy weszliśmy do mieszkania, wszyscy troje zaświstaliśmy
przeraźliwie i bardzo głośno, że stary dziadek aż podskoczył do góry - tak się zląkł i straszna złość go porwała! Rozpasał szybko pas i dalejże za nami, szczęście że
byliśmy przy drzwiach... wybiegliśmy na podwórko, a z podwórka każde w inną stronę, dziadek biegł za młodszym bratem, bo jakoś najbardziej go nie lubił, no i może dlatego,
że był najmniejszy - sądził, że go złapie i wyładuje złość, ale brat był nie w ciemię bity - uciekając prosto, skręcił nagle w bok, a dziadek, nie spodziewając się takiego manewru,
już, już mając go prawie w ręku - trzeba dodać, że w jednej ręce trzymał pas, a w drugiej portki - kiedy brat skręcił nagle w bok, dziadek wpadł z brzegu drogi w żyto,
odsłaniając w całości niewymowną część ciała - śmialiśmy się aż do łez!
Wyżej wymienionych podobnych sprawek i zdarzeń mieliśmy bardzo dużo, a ja, wychowując się razem z chłopaczyskami, byłam taka sama jak i oni, jednym słowem - dzikuska.
W szkole uczyliśmy się bardzo dobrze, a że wioska była na wpół ruska, nazywali nas [
Rusini - przyp. ed. :)] mazurami i zawłokami, no i zawsze nas bili...
a nawet i starsi pomagali! Trzeba było zawsze uciekać gdzieś po polach. Jednego razu, kiedy nie można było ratować się ucieczką, było nas 6 "mazurskich" dzieci, a najwięcej
bili Franka Przewrockiego - już go tak zbili, że miał całą twarz pokrwawioną i siną, taka mnie straszna złość porwała, że chwyciłam torbę z książkami od tego Franka (rzemyk był
z dwoma sprzączkami) i zaczęłam tak zajadle bić tych chłopaków, że porozcinałam im głowy, uszy, twarze tymi sprzączkami, aż starsi mnie ubezwładnili... i siedziałam długą chwilę
jak nieprzytomna, a później poszłam do domu; i z ojcem poszliśmy do nauczycielki i wójta (wtedy sołtysów i gmin zbiorowych jeszcze nie było) i od tamtej pory zaprzestano nas bić.
Szkołę ukończyliśmy z dobrym wynikiem, lecz pomimo że chodziliśmy po 7 lat, nie dalo to szkoły podstawowej, gdyż była to dwuklasowa szkoła, więc 7-mioklasową szkołę
przerobiliśmy na kursach wieczornych, zdając egzamin w Jarosławiu. Mlodszy brat Staszek uczęszczał do gimnazjum w Jarosławiu, ja uczyłam się przy nim i zdawałam
egzamin jako eksternistka. Ostatni egzamin zdałam z klasy 6-tej, reszty już się nie uczyłam, bo było to dla mnie za ciężkie, nie chodząc do szkoły i prawie że bez pomocy
nauczycieli podejmować się dalszych egzaminów. Brat ukończył gimnazjum.